Krótka historia jednej sukni ślubnej..

…czyli o tym jak moja uparta natura przyniosła w końcu wymierne oszczędności.

*Na wstępie ostrzegam, uprzedzam i lojalnie informuję- tekst czytasz na własną odpowiedzialność.

Poniższy wpis to zbiór moich całkowicie subiektywnych poglądów na temat procederu zakupu sukni ślubnej, a wydarzenia w nim przedstawione zdarzyły się naprawdę. Tekst odzwierciedla moje podejście do tematyki wesel, podejście, dodajmy dość nietypowe i raczej mniejszościowe, zważywszy na prężnie rozwijający się biznes ślubny.


Dla mężczyzny ślub wiąże się na ogół z nabyciem nowego garnituru, koszuli, butów, krawata/muchy. I już delikwent jest gotowy do ożenku i składania ślubnych obietnic.

I bez względu na to czy Pan Młody ma w zwyczaju ubierać garnitur częściej niż jedynie na pogrzeb, ta część garderoby po prostu jest dla niego użyteczna. No chyba że jest zmarzlakiem i lubi się otulać coraz to większą warstwą tłuszczu. W takiej sytuacji szansa  na jego wykorzystanie maleje wprost proporcjonalnie do przybieranych kilogramów. Zasadniczo jednak Pan Młody po ślubie może w pełni korzystać z odzieży zakupionej na ten szczególny dzień.

Z Panną Młodą nie jest już tak różowo, chyba że pójdzie do ślubu np. w różu. Wtedy jej sytuacja jest nieco lepsza, bo różową kreację może ubrać co najmniej jako gość na cudzym weselu.

Jednak typowa Panna Młoda odziana w biel/ecru/ivory ma co tu dużo mówić : przechlapane.

Przyjrzyjmy się temu z bliska.

Problemy zaczynają się już na etapie wyboru sukni – jest ich tyle, że żeby je wszystkie przejrzeć, spokojnie można zakupić już farbę do włosów, bo siwe włosy dostajemy od tego przeglądania w gratisie.

Nawet jeśli zdecydujemy się na jakiś model, okazuje się że jest on dostępny jedynie w konkretnym salonie, do którego trzeba często dojechać znaczną ilość kilometrów, przemierzyć Polskę wzdłuż i wszerz. Ja mam to szczęście, że na terenie Wrocławia znajduje się mnóstwo salonów sukni ślubnych, w drodze do pracy mijam ich co najmniej 4. Mimo dostępności wielu sukien ślubnych w takiej miejscowości jak Wrocław, z pewnością znajdzie się wiele przyszłych panien młodych, które, choć pochodzą z dużych aglomeracji miejskich, gotowe są na podróż do innych miast, tylko po to by znaleźć jedną jedną wymarzoną suknię na ten szczególny dzień.

Ja jednak do takich panien młodych nie należę.

Kolejnym problemem jest odwiedzanie salonów oferujących suknie ślubne. Jak przystało na duże miasto, gdzie praca do godz. 17-18 to norma, salony sukien ślubnych w tygodniu otwarte są najczęściej właśnie do godz. 18.00!!! (czy ktoś mi to wytłumaczy?). Zatem już na starcie otrzymujemy informację, że towar o którego zakup się staramy, jest jakby towarem luksusowym, o który trzeba zabiegać, ganiać po mieście, spieszyć się, zapisywać na możliwość obejrzenia. I nie wynika to wcale z małej ilości salonów sukien ślubnych. Właściwie to nadal nie wiem skąd wynikają takie godziny otwarcia salonów, i chyba wcale nie chcę wiedzieć.

Jakie zatem wyjście ma przyszła Panna Młoda by w końcu przekroczyć próg sezamu z białymi kieckami? W zasadzie jedynie 2:

  1. Zwalnia się z pracy/ bierze urlop po to by biegać za suknią ślubną od salonu do salonu, tak by w ciągu jednego dnia przymierzyć jak najwięcej, oczywiście stawiając się w ściśle jej wyznaczonej godzinie, bo przecież w innym terminie ekspedientki mogą mieć umówione inne panie, i wtedy nie są w stanie obsłużyć niezapisane poszukiwaczki kreacji ślubnych,
  2. Umawia się na odwiedzanie salonów sukien w soboty- czyli wtedy kiedy wszystkie przyszłe panny młode. Dzięki temu traci kilka weekendów z rzędu, na odwiedziny w kilku salonach, bo oczywiście salony sukien ślubnych w soboty otwarte są jeszcze krócej niż tygodniu, zatem ma możliwość odwiedzić jedynie kilka salonów, zakładając, że w każdym spędza ok. 1,5h  (a z pewnością tyle trwa ten proceder).

Z własnego doświadczenia znam lepsze sposoby na spędzenie wolnego dnia od pracy. W zanadrzu mam też nieco przyjemniejsze pomysły na weekend, ale co kto woli 🙂

I ostatni problem, który u mnie okazał się rozstrzygający- okres oczekiwania.

Podziwiam panny młode, które na zakup sukni decydują się na rok przed ślubem (ja dla przykładu na rok przed ślubem nie wiedziałam jeszcze że będą miała jakikolwiek ślub 🙂 ). Informacja o 6 m-cach oczekiwania na suknię była dla mnie wystarczająco zniechęcająca. Cały czas zastanawiałabym się czy suknia na pewno będzie gotowa, czy będzie dobrze uszyta, czy czasem na kilka dni przed ślubem nie zostanę bez sukni (za dużo sporów konsumenckich za mną i doświadczenia zawodowego, by przyjąć, że suknia od razu będzie dobra, niby są przymiarki, ale jednak niepewność byłaby do ostatniego momentu).

Do tego dochodzi presja utrzymywania stałej wagi ciała. Jakby mało było rzeczy, które mnie w życiu zajmują 🙂

No i jeszcze jeden argument, który pewnie dla wielu osób jest bez znaczenia, biorąc pod uwagę przekaz, jaki cały biznes ślubny próbuje wpoić do głowy osobom planującym ślub. Chodzi oczywiście o cenę.

Czy naprawdę suknia na tę jedną noc jest warta wydatku rzędu kilku tysięcy złotych (o kilkunastu tysiącach już nie wspomnę, wydania na suknię ślubną kilkudziesięciu tysięcy po prostu nie skomentuję bo brak mi słów) ?

Zapytajcie sami siebie, czy jest to rozsądne i absolutnie konieczne? Nie łudźcie się, że sprzedacie swoją suknię ślubną, wejdźcie na serwisy aukcyjne i inne portale z ogłoszeniami i sprawdźcie ile kobiet przed wami próbowało tej trudnej sztuki. Rzadko której się ona udaje.

Jeśli pomimo wszystkich wyżej wskazanych wad, nadal marzycie o sukni ślubnej z salonu, przyznajcie się przynajmniej uczciwie przed sobą, że jest to jednorazowy wydatek, który w żaden sposób Wam się nie zwróci, a suknię przy największym szczęściu może uda się jakoś przerobić i założyć kilka razy na niedzielny spacer. To wszystko na co możecie liczyć. A teraz śmiało można wydawać już te tysiące.

A jak to było w moim przypadku?

Otóż podjęłam próbę pójścia do salonu sukien ślubnych. Wykonałam w tym celu nawet jeden telefon (z perspektywy czasu uważam że o cały jeden za dużo :). Moja rozmówczyni była wielce oburzona, gdy dowiedziała się, że ślub ma się odbyć za niecałe 5 miesięcy. Stwierdziła, że to trochę niepoważne z mojej strony i że czas oczekiwania na suknię to na ogół 6 m-cy i ewentualnie, w drodze najwyższego wyjątku (tak wysokiego jak co najmniej Mount Everest), mogliby mi ją przygotować w 4 miesiące. W czasie trwającej rozmowy czułam się jak uczniak, którego beszta nauczyciel za błędy ortograficzne w wypracowaniu (oczywiście nigdy błędów ortograficznych nie robiłam w takiej ilości, być besztaną przez nauczyciela! ).

Bardzo serdecznie podziękowałam Pani za rozmowę (licząc w myślach od stu w dół, by powstrzymać cisnące się na usta słowa). Oczywiście jak się domyślacie, w salonie tym, ani w żadnym innym, nigdy się nie pojawiłam.

Po tej rozmowie za punktu honoru przyjęłam sobie wyjść za mąż, nie przestąpiwszy progu żadnego z salonów sukien ślubnych.

I udało mi się to osiągnąć, mimo narzekań ze strony żeńskiej części mojej rodziny, która oferowała mi nawet przyjazd do Wrocławia i wspólną pielgrzymkę po salonach, która dla mnie kojarzyła się raczej z najgorszymi torturami. Nie uległam naciskom z ich strony a suknię ślubną kupiłam oczywiście przez Internet.

Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że pani z salonu do którego dzwoniłam (nawet nie pamiętam jego nazwy), powinnam serdecznie podziękować. Dzięki niej bowiem oszczędziłam mnóstwo pieniędzy, świetnie się bawiłam, nie stresowałam się, że uszkodzę suknię wartą tysiące i nie będę mogła jej sprzedać, a po ślubie nie było mi żal odwiesić ją do szafy na wieczny odpoczynek (prawdę mówiąc, po ślubie zapomniałam o niej do tego stopnia, że przez kilka następnych miesięcy nawet nie zaniosłam jej do pralni, ale to niedopatrzenie zostało już naprawione przy okazji ratowania płaszcza z błota 🙂 .

pozdrawiam,

zwyczaj-nie-zwyczajna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *