Zapomniana sztuka kupowania, czyli kilka słów o tym dlaczego z założenia nie kupuję w sklepach stacjonarnych

Ostatnio na FB mogliście przeczytać o mojej mało przyjemnej historii z błotem i płaszczem w rolach głównych. Przy okazji relacjonowania Wam tej krótkiej scenki rodzajowej, wspomniałam o nietypowym jak na mnie, sposobie nabycia płaszcza, do zakupu którego doszło w sklepie stacjonarnym. Ten sposób nabywania dóbr, w zasadzie typowy dla przytłaczającej części ludzkości, dla mnie stanowi odstępstwo od reguły, której trzymam się od dłuższego już czasu jaką jest omijanie sklepów szerokim łukiem. Odpowiadając na pytania kilkoro z Was, spróbuję przybliżyć powody, dla których od dłuższego czasu nie kupuję ubrań w sklepach stacjonarnych.

Powodów dla, których omijam sklepy z odzieżą szerokim łukiem jest co najmniej tuzin. A oto najważniejsza 10.

1. Czas, czas, czas.

A konkretnie jego oszczędność. I w żaden sposób nie zdoła mnie przekonać pan Ka, dla którego odebranie zamówienia internetowego, a później ewentualny jego częściowy/całkowity zwrot jest marnowaniem czasu. Otóż nic bardziej mylnego. Odbiór zamówienia internetowego to kwestia paru minut, jego zwrot trwa praktycznie tyle samo. Oczywiście limity czasowe podlegają wydłużeniu w sytuacji ewentualnej kolejki do kasy. Jednak z nią należy liczyć się także przy typowym robieniu zakupów. Z kolei zrobienie tradycyjnych zakupów to co najmniej kilkugodzinna wyprawa, podczas której musisz zmienić się w drapieżnika (najlepiej lwicę, podobno są najwaleczniejsze) walczącego o wszystko, począwszy od miejsca przy wieszakach, poprzez najpopularniejszy asortyment sklepu, miejsce w kolejce do przymierzalni i kasy. Do tego dochodzi walka z samą sobą i stanem środków na koncie, i ta wojna w głowie, czy pieniędzy wystarczy na wszystkie wybrane rzeczy… Trochę za dużo tej walki jak na jedno wyjście na zakupy 🙂

2.Tonę w tonach…

Oczywiście tonach rzeczy, które muszę w sklepie przejrzeć, zanim znajdę poszukiwany towar. Bardzo często zdarza mi się szukać konkretnej rzeczy. Jednej jedynej, niczego więcej. Jednak sklepy nie przewidują rozmieszczenia oferowanych towarów wg z góry przyjętego schematu np. po prawej sukienki, po lewej bluzki. Ba, w mojej opinii czerpią dziką wręcz satysfakcję z regularnego zmieniania położenia określonego asortymentu. Wszystko po to, by zdezorientować klienta, który poszukując konkretnej rzeczy, być może zdecyduje się na zakup jeszcze innego towaru. W takiej sytuacji jednostka taka jak ja – zdeterminowana by znaleźć jedną konkretną rzecz, najczęściej wcześniej dojrzaną w sklepie internetowym danej sieci- ma 2 wyjścia: albo przeszukać cały sklep na własną rękę (by na koniec dowiedzieć się, że określonego towaru dany sklep w ogóle nie otrzymał z magazynu) albo zdać się na łaskę sprzedawcy i liczyć, że po moim dość enigmatycznym opisie rzeczy, sprzedawca wpadnie czego akurat poszukuję. Druga opcja byłaby jeszcze do zniesienia, gdyby nie fakt, że wymaga ona ode mnie dodatkowego zachodu w postaci: po pierwsze ściągnięcia słuchawek, które podczas zakupów ściągam jedynie przy kasie, po drugie odnalezienia sprzedawcy, który najczęściej pochłonięty jest obsługą innych klientów bądź kasy fiskalnej, a po trzecie, podjęcia udanych lub mniej udanych prób zobrazowania poszukiwanej przeze mnie rzeczy. W konsekwencji, wolę o stokroć przeglądać sobie na spokojnie internetową wersję sklepu w towarzystwie kubka kawy, aniżeli buszować między półkami w sklepie stacjonarnym.

3. Powietrza !

Brakuje go często w ścisku, jaki potrafi zapanować w sklepie stacjonarnym przy okazji jakieś większej promocji. Nie daj Boże pojawić się w sklepie w trakcie wyprzedaży. To już jest sport wręcz ekstremalny. Niestety, a może stety, nie opanowałam sztuki nurkowania między klientami sklepu, obca jest mi też sztuka łokciowania innych, w celu dostania się do wieszaków z rzeczami. Nie znoszę być popychaną, szturchaną torbami czy innymi akcesoriami. Dostaję białej gorączki, gdy czuję na sobie oddech innej osoby, tylko koczującej, aż zwolnię jakąkolwiek przestrzeń w pobliżu półek, która ona od razu zajmie. O 3 metrach kwadratowych, o które walczą osadzeni w więzieniach, w sklepie w czasie wyprzedaży można jedynie pomarzyć.

4. Za czym kolejka ta stoi…

Kwestię oczekiwania na możliwość skorzystania z przymierzalni od razu pominę, bo jest to dla mnie zbyt frustrujące doświadczenie. Na sam widok kolejki robi mi się słabo. Wielokrotnie zdarzało mi się kupić coś bez przymierzania (o ile oczywiście sklep dopuszczał zwrot towaru). Po kilku takich przypadkach doszłam do wniosku, że zakup stacjonarnym bez przymierzenia niewiele różni się od zakupów przez Internet. Ostatecznie zarzuciłam więc ten proceder i w całości oddałam się zakupom w sieci.

5. Dobry bit, nie jest zły..

Nie jest zły, jest koszmarny! Zastanawialiście się czasem nad muzyką, jaka towarzyszy Wam podczas robienia zakupów? Pewnie nikogo z Was nie zaskoczę stwierdzając, że rodzaj muzyki jest kolejną sztuczką marketingową. Podobno (tak wykazały jakieś mądre badania) puszczanie klientom muzyki o określonej głośności i szybkim rytmie powoduje, że ich krew zaczyna szybciej krążyć, serce przyspiesza swoją pracę, a to ma ostatecznie budować pozytywne wspomnienie związane z wizytą w danym sklepie i sprzyjać większym zakupom. Niestety nie brałam udziału w tych badaniach. Gdyby ich wyniki zależały od moich odpowiedzi, marketingowcy straciliby taki zapał do puszczania głośnej, hałaśliwej muzyki o rytmie przypominającym walenie głową w ścianę. Mimo że jestem fanką mocnych, rockowych i metalowych brzmień, a moje głośniki są wielokrotnie testowane na osiągane decybele, głośność muzyki w niektórych sklepach i ścieżka dźwiękowa w nich puszczana powoduje u mnie nagłą ochotę ewakuacji. Z brakiem chęci powrotu. Dlatego też do sklepu wchodzę zawsze z własną muzyką w uszach.

6. Lustereczko powiedz przecie…

Albo lepiej nic nie mów. Z natury jestem człowiekiem szczerym, dla którego białe jest białe, a czarne jest czarne. I strasznie nie lubię kiedy ktoś próbuje zrobić mnie w balona. A w sklepach stacjonarnych robią to niemal na każdym kroku. Pomijając już tą nieszczęsną muzykę, na pierwszy plan wyłania się kwestia luster. Czy wiecie, że znaczna część przedsiębiorców montuje w przebieralniach zakrzywione lustra, których zadaniem jest odjęcie nam kilku (zbędnych lub mniej zbędnych) kilogramów? Po więcej szczegółów odsyłam Was do jedynego z odcinków programu Kasi Bosackiej Wiem co jem i wiem co kupuję (niestety nie pamiętam którego). Dorzućmy do tego odpowiednie oświetlenie i klient jest szczęśliwy, w końcu tak świetnie wygląda w nowych rzeczach. Nic tylko lecieć do kasy i otwierać szeroko portfel. Szerzej! Po co zatem przymierzać w sklepie cokolwiek, skoro istnieje duże prawdopodobieństwo, że obraz który tam zobaczymy będzie zafałszowany? Czy zdarzyło się Wam wpaść w zachwyt nad własnym odbiciem w przymierzalni i nie podzielić tej opinii po przyjściu do domu i ponownym przymierzeniu rzeczy? Mi tak, i to kolejny powód dla którego unikam zakupów w sklepach stacjonarnych.

7. Znów nie ten rozmiar..

Czyli typowe rozterki klienta przebywającego w przymierzalni. I co tu zrobić, czy zdać się na dobrą wolę ekspedientki (o ile w ogóle jest w pobliżu) i poprosić ją o przyniesienie innego rozmiaru, czy też przebierać się, wychodzić na teren sklepu, samodzielnie szukać odpowiedniego rozmiaru, a potem znowu rozbierać się i przymierzać kolejny ciuch? Problem mogłoby rozwiązać chodzenie na zakupy we dwoje. Niestety, a stety dla pana Ka, ja robię zakupy jedynie w pojedynkę. Nie lubię towarzystwa (w towarzystwie nie mogłabym np. spokojnie słuchać muzyki:P). Zakupy internetowe pozbawiły mnie tego problemu. Jeśli bardzo zależy mi na jakieś rzeczy (bo np. trwa akcja promocyjna, z której bardzo chcę skorzystać), a nie jestem pewna swojej rozmiarówki w danym sklepie (choć w większości sklepów, w których regularnie zamawiam ubrania, doskonale znam już pasujące na mnie rozmiary), zamawiam daną rzecz w dwóch sąsiadujących rozmiarach. W 99% któryś z wybranych przeze mnie rozmiarów będzie dobry. Drugi, niepasujący zwracam następnie w sklepie stacjonarnym. I po kłopocie.

8. Komplementy…

Z założenia jestem kobietą, której trudno przychodzi przyjmowanie komplementów. Tym bardziej jeśli istnieje uzasadnione przypuszczenie, że nie są one do końca szczere. A takie wątpliwości pojawiają się za każdym razem, gdy towarzyszy mi ekspedientka (na szczęście unikałam tych sytuacji jak ognia, więc ostatecznie nie było znów ich tak wiele). Być może jestem nietypowym przykładem klientki, która do dokonania zakupu nie potrzebuje ani jednego głosu doradczego. Słownie: żadnego. Obecność zaś sprzedawczyni zawsze działała na mnie krępująco. Nie w moim stylu robienie zdjęć w przymierzalni i wysyłanie ich do grona przyjaciółek z prośbą o opinię, daleka jestem od pytania o zdanie pani sprzedawczyni, nie pytam także o zdanie pana Ka, gdyż jak już wcześniej wspominałam, nie zabieram go ze sobą na zakupy. Nic bowiem nie irytuje mnie bardziej niż niezdecydowana kobieta w przymierzalni i sfrustrowany, zniechęcony, zmęczony, zdegustowany facet stojący tuż przed kotarką. Czy naprawdę kobiety muszą zmuszać swoich partnerów do takich poświęceń? Dla mnie już sama moja obecność w sklepie odzieżowym jest wręcz Tytanicznym wysiłkiem, a towarzyszenie w tej torturze komuś innemu to jest dopiero hardcore…

9. Gdzie ci mężczyźni…

Nawiązując do poprzedniego punktu, kolejną rzeczą która irytuje mnie w sklepach stacjonarnych to ilość mężczyzn przypadających na metr kwadratowy przymierzalni. Czasem, kiedy wchodziłam na teren przymierzalni miałam wrażenie, że pomyliłam sklep i weszłam do sklepu z męską odzieżą lub co najmniej przez przypadek znalazłam się na dziale męskim. Przed większością kotarek stał wierny towarzysz zakupów i z wielkim grymasem na twarzy i wielce zbolałą miną wyrażał swój stosunek emocjonalny do kolejnej rzeczy przymierzanej przez swoją partnerkę. Biorąc pod uwagę, że zasłony w wielu przymierzalniach cierpią na syndrom za krótkiej kołdry tzn. jak zasuniesz z jednej, to z drugiej cię i tak widać, zjawisko nagromadzenia męskiej części społeczeństwa w damskiej przymierzalni było mi wybitnie nie na rękę. Niekoniecznie miałam ochotę być oglądaną przez kompletnie obcego mężczyznę, który całkiem przypadkiem stał przed kotarką sąsiedniej kabiny, w której przebiera się jego towarzyszka zakupowej niedoli…

10. 2 za 3, drugi gratis, albo 5-ta rzecz w prezencie..

Nagabywanie. Nakłanianie. Zachęcanie. Żeby kupić więcej, jeszcze więcej. A może dobierzemy do wybranej spódnicy bluzkę, albo biżuterię, bo ta akurat dziś w promocji? Znacie to? Ja niestety też. Problem tylko taki, że gdybym chciała kupić bluzkę, to bym ją kupiła. Ale sprzedawczynie jakoś nie zdają sobie z tego sprawy. Nigdy nie przemawiała do mnie ta forma marketingu. Wręcz przeciwnie, wywoływała we mnie fale negatywnych emocji, bo o to muszę pani wyjaśnić, że moje aktualne potrzeby sprowadzają się do spódnicy, nie zaś do połowy asortymentu sklepu. Z oczywistych przyczyn kupując w Internecie nie jestem narażona na tego typu praktyki. Dodatkowym argumentem przemawiającym za zakupami w sieci, który dla jednych może być wadą dla mnie stanowi zaś niewątpliwą zaletę, to ograniczony asortyment. Niejednokrotnie okazywało się, że oferta w sklepie stacjonarnym jest znacznie bogatsza aniżeli ta w internetowym. Jednak większa ilość rzeczy, które trzeba przejrzeć, by dojrzeć coś interesującego, to także więcej czasu, który trzeba stracić w sklepie. A ja naprawdę lubię oszczędzać swój czas. Mniejsza oferta w sklepie internetowym to także szansa na to, że wyda się mniej pieniędzy, a to już poważny argument za tym by zakupy przenieść do Internetu.

A jak Wy robicie zakupy?

pozdrawiam,

zwyczaj-nie-zwyczajna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *