Porażki i sukcesy roku 2016, czyli co tak naprawdę zdarzyło się w ciągu ostatnich 365 dni

Koniec roku jest idealnym czasem na różne podsumowania. Zatem piszemy wszelkiego rodzaju zestawienia, analizy, robimy bilanse i liczymy statystkę. Na wielu stronach, blogach przeczytacie podobne teksty. Niejeden kołcz (także ten astro) zachęci Was do stworzenia listy noworocznych postanowień i zapewni Was, że jeśli skorzystacie akurat z jego porad, spełnienie planów macie jak w banku. To i ja nie będę gorsza i też podsumuję swoje ostatnie 365 dni, jednak na złote rady w zakresie planowania i realizacji postanowień noworocznych liczyć raczej nie możecie, gdyż moim planem na ten rok jest brak planu:)

Zacznijmy zatem od porażek bo tych było mniej:

1. Niestety nadal nie opanowałam trudnej sztuki parkowania w centrum miasta w subminimalnych przestrzeniach parkingowych, ku rozpaczy pana Ka. Nadal więc moje główne trasy, jakimi jeżdżę w tym mieście, wyznaczają wielkopowierzchniowe darmowe parkingi, czyli jeżdżę od galerii do galerii. I całkiem dobrze mi z tym. Ważne, że wsiądę do auta i dojadę do domu rodzinnego oddalonego o 200 km i zrobię zakupy w supermarkecie (o ile dysponuje odpowiednio dużym parkingiem). Na szczęście kocham chodzić, a że do pracy mam jedynie 30 min, na co dzień samochód jest mi po prostu zbędny.

2. Nie, nie schudłam, choć oczywiście obiecywałam to sobie rok temu. Odchudziłam co najwyżej swoją fryzurę i to znacznie (co mogliście zobaczyć śledząc profil na FB). Nie zrobiłam także rzeźby, siłownia nadal mnie nie widziała. I wiecie co? Wcale tego nie żałuję ! W zamian za to wprowadziłam do swojego jadłospisu nowe, zdrowe produkty, znacznie ograniczyłam ilość słodyczy i przerzuciłam się na picie jedynie ziołowych herbat i yerba mate.

3. Nie, nie wprowadziłam capsule wardrobe do swojego życia. Wręcz przeciwnie, moje szafy w tym roku wzbogaciły się o wiele cennych nabytków. Jednakże chciałabym w tym miejscu zdementować nieprawdziwe informacje jakie rozsiewa pan Ka: wbrew pozorom regularnie pozbywam się rzeczy, których już nie noszę (czego on zdaje się nie zauważać), a to że bilans nie wychodzi na zero to już naprawdę nie jest moja wina!

4. Sprzęty elektroniczne nadal mnie nie polubiły i to z wzajemnością. Nie wiem jak to jest, że tusz w drukarce musi się skończyć zawsze gdy ja z niej korzystam, aplikacja w telewizorze nie chce się włączyć właśnie wtedy gdy ja chcę coś obejrzeć, a telefon zawiesza się w najmniej pożądanym momencie. Po latach użerania się z wszelkiego rodzaju elektroniką uodporniłam się już na tego typu sytuacje i biorę sprzęt na przeczekanie. A tak naprawdę, to czekam na powrót pana Ka z pracy, i on to wszystko w magiczny i zupełnie mi nieznany sposób przywraca do działania. Zdolności czytania instrukcji, tak często przez niego sugerowanej, nada nie posiadłam (osobiście uważam to za stratę czasu skoro jest osoba, która potrafi to wszystko ogarnąć szybciej, niż ja znajdę w instrukcji rozdział napisany w polskiej wersji językowej).

W kwestii niewątpliwych sukcesów:

1. W końcu opanowałam sztukę robienia makijażu codziennego na czas. I prawie pokonuję przy tym barierę dźwięku. No dobra, odrobinę przesadzam, ale aktualnie zajmuje mi on 7,5 minuty, co przy porannym, trudnym rozruchu, jest wynikiem wielce satysfakcjonującym. To prawie tyle samo, ile czasu potrzebuje moja siostrzenica na zrobienie totalnego armagedonu w pokoju, włączeniu wszystkich urządzeń elektrycznych, ściągnięciu wszystkiego z półek i udaniu że nic się nie stało. Uprawiam tę dyscyplinę sportu codziennie przed wyjściem do pracy. Później powyższą dyscyplinę zmieniam w chód sportowy a’la Korzeniowski, który – im niebezpieczniej wskazówki zegarka zbliżają się do wyznaczonej godziny pojawienia się w pracy – tym bardziej zaczyna przypominać nie chód a sprint.

2. Nauczyłam się wdzięczności. Za wszystko co mam, za to co od losu otrzymałam. I mimo że zdarzają mi się chwilę marudzenia, zwątpienia i ogólnego niechceizmu, pan Ka, zawsze potrafi postawić mnie do pionu. Nie ulega wątpliwości, że trochę już w życiu przeżyłam: wypadek na nartach, pomoc udzielana przez GOPR, ograniczona mobilność, widmo artroskopii i nagłe ozdrowienie, podejrzane problemy zdrowotne i niezidentyfikowane jednostki chorobowe i związane z tym wizje skomplikowanego leczenia i wiele, wiele innych, to jak dotąd trzymam się całkiem nieźle (nie licząc aktualnego zapalenia krtani, które skutecznie uniemożliwia mi kontakt werbalny). Pomimo wielu wydawać by się mogło beznadziejnych sytuacji, ze wszystkich tarapatów wychodziłam obronną ręką albo nogą, tudzież kolanem 🙂 Gdyby przyjrzeć się dokładnie mojemu życiu, można by dojść do wniosku, że to idealna sinusoida: raz na górze, raz na dole. A ja wbrew zasadom matematyki próbuje utrzymać jedynie zwyżkową tendencję. A co, ja nie mogę? Na pohybel wszystkim matematykom!

3. W końcu zebrałam się w sobie i zrobiłam porządek z blogiem. Chodziło to za mną przez długi czas, a przez jeszcze dłuższy zbierałam się by to zrobić, co już podjęłam męską decyzję, pojawiały się pierwsze kłody pod nogami i rezygnowałam. Miałam wiele wątpliwości czy Internet ma jeszcze jakąkolwiek wolną przestrzeń, którą dałoby się sensownie zagospodarować. Ostatecznie zwyciężyła moja wrodzona ciekawość, a także dążenie do wyjścia spoza sfery komfortu i zrobienia czegoś kreatywnego. I w końcu udało się. Własny hosting, własna domena. I w końcu mogę robić to, co sprawia mi przyjemność, w formie którą całkowicie akceptuję. I choć traktuje to jedynie jako rozrywkę, każdy pozytywny odzew z Waszej strony daje niesamowitego motywacyjnego kopa. To czysta przyjemność spotkać (choćby wirtualnie) ludzi, którzy myślą i czują podobnie, którzy nie boją się w pewnych sprawach pójść pod prąd.

4. Zdecydowanie mniej się uruchamiam. To dlatego, że zaczęłam znacznie lepiej kontrolować swoje emocje. Nauczyła mnie tego moja praca, w której spotykam się z wieloma, bardzo różnymi osobami, o skrajnie odmiennych poglądach, osobowościach i światopoglądach. Oczywiście działa to do momentu, gdy pan Ka nie postanowi mnie celowo zirytować, w czym jest niekwestionowanym mistrzem. I ten jego przyklejony uśmieszek, gdy widzi że jestem na skraju wybuchu nuklearnego. W tym kontekście jest lekkim sadystą. Ale za to go kocham. W końcu nikt mnie tak najpierw nie wyprowadzi z równowagi, a potem postawi do pionu jak pan Ka właśnie.

5. Zaangażowałam się w pomoc innym. I robię to na rozmaite sposoby, nie wszystkie z nich związane są z pomocą finansową. Pomagać można w najprostszy sposób. Ot taki na przykład zakup czekolady. Gorzka czekolada to mój must have w kuchennej szafce. Bez niej nie ma weekendowej kawy, pan Ka nie wyobraża sobie porannej jaglanki bez 2 kostek. A okazuje się, że kupując taki banalny towar, jak czekolada można pomóc wybranych fundacjom i stowarzyszeniom, a w zamian dostajecie torby płócienne, albo bilety do kina. O oddawaniu włosów już Wam kiedyś pisałam. Kolejny sposób przetestowała moja siostra, która przed świętami postanowiła zrobić wielkie porządki. Ich efektem, prócz zwolnionych półek w szafie, był 48-godzinny lumpeks dla wybranych, czyli dla mnie: w skrócie łóżko zawalone rzeczami, w których od dłuższego czasu nie chodzi, z których miałam wybrać sobie te, które miały szanse na kolejne życie w mojej szafie. Reszta rzeczy została spakowana i odwieziona do Domu Samotnej Matki i Centrum Interwencji Kryzysowej we Wrocławiu. Siostry zakonne do dziś są pod wrażeniem ilości siatek, które moja siostra im przywiozła. W zasadzie to nie jestem pewna czy jeszcze nie siedzią i ich nie rozpakowują….

6. W tym roku zyskałam co najmniej kilkoro członków rodziny i nie mam na myśli jedynie narodzin mojego ukochanego siostrzeńca, które miały miejsce na początku tego roku. Nową rodzinę zyskałam wraz z sakramentalnym „TAK”, jakie padło z moich ust. Rodzinę pana Ka znam już od kilku lat, ale dopiero w tym roku poczułam się jej prawdziwą częścią. Nie ukrywam, że wraz ze zmianą stanu cywilnego miałam obawy związane ze sposobem tytułowania „nowych rodziców”. Wiem, że w tym zakresie obowiązują rozmaite standardy. Nie ukrywam też, że na pierwsze „Mamo, Tato” musieli chwilę poczekać. Ale aktualnie nie sprawia mi to żadnej trudności. Mama 2 i Tata 2 to cudowni ludzie, i choć nigdy nie zastąpią mi prawdziwych rodziców, wszystkim życzę takich relacji z teściami. Swoją drogą określenie „teściowie” zupełnie do nich nie pasuje, biorąc pod uwagę raczej pejoratywny wydźwięk tego słowa 🙂

7. I najważniejszy sukces:- Wyjście za mąż w trybie 3E , czyli :

Elektronicznie– bo większość rzeczy załatwionych było przez Internet bez wychodzenia z domu

Ekonomicznie– bo nie zadłużyliśmy ani siebie, ani naszych rodziców, a nawet wyszliśmy na plus

Ekologicznie-bo wszystko odbywało się w lesie, wśród przyrody, dekoracje zrobione były z szyszek, zaproszenia z szarego, recyklingowego papieru, podobnie jak winietki (co wcale nie oznacza, że były tanie i tego do dziś nie rozumiem!), a do tego część menu była przygotowana wyłącznie z ekologicznych produktów.

Wyjście za Mąż, które nie przyprawiło mnie o zawrót głowy (no chyba tylko ten ze szczęścia), nie doprowadziło to posiwienia jakichkolwiek z moich tak pielęgnowanych włosów (do tej pory 0 siwych włosów) i nie przyczyniło się do spadku mojej wagi (a tego akurat trochę żałuję 😛 ).

Organizację ślubu uważam za największy sukces minionego roku z wielu powodów.

Po pierwsze, od decyzji o organizacji ślubu do wyznaczonej daty tego wydarzenia minęło niespełna 6 miesięcy.

Po drugie, całe to przedsięwzięcie w całości zostało zorganizowane jedynie przez nas, nie korzystaliśmy z niczyjej pomocy, choć oczywiście ofert było wiele.

Po trzecie, w całości sfinansowaliśmy tę imprezę, a na odłożenie środków nie mieliśmy zbyt wiele czasu, nasze oszczędności na tamten moment także nie robiły wielkiego wrażenia, zważywszy na to, że nadal wykańczaliśmy mieszkanie. Do dziś nie wiem jak udało nam się w tak krótkim czasie odłożyć potrzebne środki, skoro nie jedliśmy parapetów, a nie zarabiamy kokosów. Polityka zaciskania pasa level hard.

Po czwarte, forma wesela, przebieg i ogólny wygląd tego dnia dla wszystkich gości pozostawał tajemnicą do samego końca. Goście mieli przyjechać pod wskazany adres, na wieś, właściwie to na takie lekkie pustkowie w środku lasu, w całkowicie nieznany sobie region Polski, a tam niespodzianki czekały ich na każdym kroku.

Po piąte, była to najlepsza impreza, na jakiej zdarzyło mi się być w całym moim życiu. Mimo że bez znajomych, a jedynie w gronie rodzinnym, bawiłam się jak na najlepszej dyskotece i to nie przy muzyce disco polo, której puszczanie zostało DJ zakazane pod groźbą wydalenia z imprezy 🙂

Po szóste, utwierdziłam się w tym, o czym byłam przekonana od dawna – udanej imprezy nie zapewni Ci duża liczba gości, 25 osób plus 2 małych dzieci w zupełności wystarczą, reszta jest jedynie dodatkiem.

Po siódme, DIY który przygotowaliśmy w związku z tą imprezą zaskoczył nawet nas, choć z perspektywy czasu uważam, że podeszliśmy do tego nadzwyczaj ambitnie i nie wiem czy byłabym w stanie zrobić to raz jeszcze.

Po ósme, save the date, sesja narzeczeńska, sesja plenerowa, atrakcje dla gości? Można się bez tego w zupełności obejść. Uwierz mi (dementuję ewentualne plotki- zdjęcia plenerowe powstały w czasie wesela, nie mieliśmy żadnej sesji poślubnej, w końcu całe nasze wesele to był jeden wielki przyrodniczy plener 🙂 ).

Po dziewiąte, sali naprawdę nie trzeba rezerwować z 2-letnim wyprzedzeniem, na suknię ślubną wydawać tysięcy, a do kosmetyczki biegać na rok przed ślubem na wszelkiego rodzaju zabiegi poprawiające urodę. Salę znaleźliśmy na 5 miesięcy przed ślubem, suknia nie kosztowała mnie majątku, a u kosmetyczki nie pojawiłam się ani razu i wcale nie wynika to z tego, że mam nieskazitelną cerę. Żadna z tych rzeczy nie musi mieć miejsca, o ile przyjmie się naszą filozofię tego wydarzenia.

Po dziesiąte, i najważniejsze: swoim ślubem skutecznie obaliliśmy mit, że wesele jest dla gości. Otóż nic bardziej mylnego, to od początku do końca był nasz dzień, który przebiegał zgodnie z tym, jak go zaplanowaliśmy. Żadnej wpadki, żadnej wtopy, nawet pogoda nam się udała, co było dość istotne w kontekście imprezy półplenerowej. Wszystkie decyzje dotyczące ślubu podjęliśmy samodzielnie, nikt na nas nie wpływał. Wszystko od początku do końca było nasze. I to było w tym wszystkim najpiękniejsze.

Całe przygotowania do ślubu utwierdziły mnie jeszcze w jednym: to na pana Ka czekałam całe swoje życie. Choć znamy się znacznie dłużej, niż jesteśmy razem (studiowaliśmy razem, ale początkowo jedynie się mijaliśmy wymieniając kurtuazyjne powitania, tak trochę w stylu serialowym) w końcu coś zagrało, i gra aż do dziś. Przygotowania do ślubu, świetna organizacja pracy, podział obowiązków (pomocny był w tym planner ślubny, oczywiście naszej produkcji, nie taki ze sklepu za milion złotych), wsparcie i sztuka rozwiązywania wszelkich problemów, a tych oczywiście nie zabrakło jak np. wizja zerowej dekoracji kościoła na dzień przed ślubem, utwierdziły mnie w przekonaniu, że z panem Ka mogę wszystko, choćby góry przenosić, a żadne problemy nam nie straszne, bo razem możemy stawić czoła wszelkim przeciwnościom losu 🙂

I tak się właśnie stało: kościół w dniu ślubu był ubrany, my wyglądaliśmy pięknie, nie spadła ani kropla deszczu, drewniana podłoga w namiocie nie zapadła się, a dach namiotu nie zawalił się nam na głowy, nikt nie zginął od użądlenia os (bo ich nie było!), nie padliśmy również ofiarami zmasowanego ataku komarów, choć rzecz działa się w środku lasu, przy stawie, w okolicach podgórskich, nikt także nie utopił się w stawie, choć nie był on niczym ogrodzony, a na przyjęciu była dwójka dzieci. Żadna (głównie z moich) katastrof nie miała miejsca 🙂

I to jest kolejny powód do wdzięczności. Mam nadzieję, że będę mogła powiedzieć to samo za X lat, gdy jako staruszka będę siedziała w fotelu bujanym (fotel już jest, odziedziczony po babci, jeszcze tylko X lat brakuje i trochę siwych włosów) przeglądając zdjęcia z naszego ślubu.

I kończąc, życzę Wam w nadchodzącym roku jedynie pozytywnych emocji na miarę moich. Nie musicie koniecznie za mąż wychodzić. Prawdziwe szczęście można odczuć każdego dnia, wystarczy jedynie się na nie otworzyć. A zatem tego Wam życzę: prawdziwego, niekończącego się szczęścia, no i oczywiście zdrowia, co w kontekście mojej zapalonej gardzieli jest dość trafnym życzeniem noworocznym:)

Szczęścia dla Was ! :*

zywczaj-nie-zwyczajna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *